Czasami zastanawiam się nad tym, czy faktycznie przewielka ilość ubrań w naszej szafie jest niezbędna do życia i czy przypadkiem nie można by jej nieco zredukować.
Edit…Czasami zastanawiam się, czy przewielka ilość ubrań w mojej szafie jest niezbędna do życia….no dobrze, jeszcze jedna mała poprawka…w mojej ogromnej szafie 😉


No cóż, jakoś tak się składa, że pomimo tego, iż moje ciuchy zajmują zdecydowanie wiekszą powierzchnie naszej wspólnej garderoby i jest ich naprawdę dużo, to właśnie ja zazwyczaj nie mam się w co ubrać 😀
Jak to jest i na czym polega fenomen wciąż niezaspokojonego apetytu na coś nowego?
Nie da się ukryć, że chcąc, nie chcąc jesteśmy podatne na różne przekazy.
Nie tylko na to, co widzimy w reklamie, tv, czasopismach i internecie ale również te przekazy, które są nie do końca przez nas uświadamiane, tzw. przekazy podprogowe.
Tak czy inaczej, czasami widzę po prostu świetnie ubraną dziewczynę i myślę sobie „O, zajebiście wygląda! Też tak chcę!!! Muszę natychmiast nabyć drogą kupna piętnaste wytarte jeansy w o pół tonu innym odcieniu niż ten, który posiadam aktualnie, wówczas na pewno będę wygladała równie przezajebiście, sexy i powalająco” 😉
No cóż, same doskonale wiecie, że to jak się czujecie, jak wyglądacie i co widzicie w lustrze średnio zależy od tego,
czy własnie zakupiłyście te przysłowiowe, piętnaste wytarte jeansy, czy raczej od tego, co Wasza głowa Wam podpowiada.
Są takie dni, kiedy nawet karta debetowa z sześcioma zerami nie poprawi mi humoru.
Poważnie!
Wiem, że brzmi to paradoksalnie ale kiedy moje wnętrze mówi mi, ze jest mi niefajnie, to właśnie tak się czuję i tak wyglądam.
Kupowanie na poprawę humoru po prostu zupełnie się wtedy nie sprawdza, bo za każdym razem, gdy wchodzę do przymierzalni okazuje się, że no niestety, trzeba to nazwać po imieniu, wyglądam jak kupa.
Kupa nieszczęścia, można dodać dla poprawności politycznej 😉
Wiem z autopsji, że szkoda wtedy czasu na ciągłe wchodzenie do przymierzalni, ściąganie z siebie ciuchów, zakładanie i przymierzanie potencjalnego zakupu, ściąganie go z siebie, przejście do następnego sklepu…i tak bez końca.
Serio, zupełnie bez sensu, no chyba, że chcę potraktować te ewolucje gimnastyczne w przebieralni jako namiastkę fitnessu na dany dzień, bo wierzcie mi, żadnego innego pożytku z tego nie będzie 😉
A wracając do kwestii ilości szmat-ostatnio, chyba po raz pierwszy w życiu zrobiłam naprawdę wielką rewolucję w swojej szafie. Udało mi się rozstać z wieloma ubraniami i w końcu przyjęłam do wiadomości, że np.romantyczna koszula, w której było mi doskonale 10 lat temu i w której uwielbia mnie moja druga połowa ma już lata świetności za sobą, a do tego nie do końca pasuje do aktualnej, o 10 lat starszej i po prostu innej Asi 🙂
Zasada, że jeśli czegoś nie włożyłam przez 4 miesiące wydaje mi się tutaj kluczowa.
No naprawdę nie łudźmy się, z jakiegoś powodu pomijamy ten ciuch, a jeśli tak się dzieje, to po co zajmuje on miejsce w nasze szafie?
Uwolnijmy go, pozwólmy mu iść do kogoś innego, kto pewnie będzie miał z niego większy pożytek a my w zamian w końcu więcej luzu w garderobie i lepszą orientację, co w ogóle w niej mamy.

No tak..trochę popłynęłam, bo pierwotnie tekst miał być o nie poddawaniu się trendom i stawianiu na ponadczasową klasykę.
I o tym, żeby niekoniecznie kupować spodnie z błyszczącymi lampasami, nawet jeśli są hitem tegorocznych wakacji, zwłaszcza jeśli akurat lubimy styl tomboy, spodnie baggy i wystające spod nich bokserki….
Jak to mawiają, wszystko mija, nawet najdłuższa żmija, a spodnie z lampasami to pewnie jeszcze szybciej.
I właściwie to myślę sobie, że o tym nie muszę już pisać, przynajmniej dla Was.
Wy to przecież doskonale wiecie, prawda GIRLS?
Pozdrawiam :-*
/A.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

W dniach od 9 do 24 sierpnia Betty Baboo jest na urlopie. Wszystkie zamówienia będą realizowane po 24 sierpnia :-) Zamknij